piątek, 19 grudnia 2014

Chcieć to móc, czyli o świątecznym zachowaniu terriera cz. 1

Z Bado zmierzamy się z bardzo różnymi problemami. Większość z nich jest stosunkowo łatwa do zniwelowania, ale kilka z nich jest dla mnie wyjątkowo frustrujących. Post chciałam przygotować trochę dla siebie, aby móc zobaczyć kilka postępów jak i wiedzieć nad czym popracować i mieć odniesienie za kilka tygodni czy miesięcy. Będzie to też fajne zestawienie biorąc pod uwagę koniec roku. Wymienione problemy są tymi, z którymi zmagamy lub zmagaliśmy się wyjątkowo długo i mozolnie w większości od pierwszych dni.
Postanowiłam rozbić to na dwie części. Pierwszą chcę poświęcić na nasze postępy względem wkraczania w świat frisbee.



Aport - nasz nocny koszmar, który już od jakiegoś czasu jest świetny w porównaniu do tego co było. Na początku naszej znajomości przez długie miesiące wszystko co można było zrobić z zabawką było fajniejsze niż przyniesienie jej do mnie. W tym momencie mały podsuwa zabawkę pod samą rękę. Zazwyczaj biegnie z nią prosto do mnie.

No właśnie - zazwyczaj. Wykonywanie poleceń na odległość. Czasem kiedy pies biegnie z zabawką w moim kierunku zawraca w drugą, albo przebiega obok i robi kilka kółek wokół mnie. Pracujemy nad tym, ale zdecydowanie częściej muszę rzucać mu zabawkę daleko. Podobny problem mamy przy zmianach pozycji, albo sztuczkach. Mały zaczyna je wykonywać w odległości, ale jakby "z automatu" przemieszcza się w moją stronę. Planuję wprowadzić jakiś ogranicznik przestrzeni w typu kocyk. Porównamy za jakiś czas.

Przechodzenie z zabawek różnego rodzaju - tutaj również była masakra. W momencie kiedy pojawiała się piłka szarpak przestawał istnieć, dysk przestawał istnieć kiedy pojawiało się COKOLWIEK innego.
W tym momencie przechodzimy z piłki ażurowej na dyski, z piszczących piłek jeszcze trochę za wcześnie, ale z nich za to spokojnie przechodzi na szarpaki. Problemu już praktycznie nie ma.

Zainteresowanie dyskami i chwyt. No tutaj aż rozpływam się z zachwytu. Po październikowym weekendzie w Annówce wzięliśmy się za to na prawdę ostro. Wyłożyliśmy to na tacę i nie spodziewałam się, że efekty będą tak szybko. Moje psowe ma dość delikatną szczenę. Złapanie i szarpanie frisbee jest dla niego czymś abstrakcyjnym - "Bo większe to takie ode mnie i twarde i w ogóle be". Nie chcieliśmy przechodzić na małe dyski ze względu na moje umiejętności rzucania i jeżeli miałam wziąć się do pracy i pokazać małemu, że wcale nie są takie złe to raz a porządnie.
Przy szarpaniu dyskiem wyglądało to mniej więcej tak, że burkowe w sumie tylko chwytało i puszczało, po czym szczekał i gorączkował się tak jakby... chciał a nie mógł... Szarpakami też nie szarpał się jakoś wybitnie mocno, ale bez większego problemu.
Dyski coraz częściej pojawiały się na podłodze w domu, w klateczce zamiast piłki czy szarpaka. Kiedy domagał się zabawy zamiast piłki czy szarpaka pojawiał się dysk. Chcąc nie chcąc musiał zabrać się za gryzienie i memłanie dysku i po swojemu, w swoim tempie przyzwyczajać szczękę do innej struktury.
Chwyt i zainteresowanie poprawiło nam się do tego stopnia, że Bado z pięknym zawzięciem szarpie się frizbiaczami, łapie floaterki i dzisiaj udało mu się pierwszy raz zawisnąć na szarpaku.

Jutro prawdopodobnie kradnę haskosucz, więc w następnym poście napiszę odnośnie odwołania, relacjach z psami, bronienia zasobów itp.




2 komentarze:

  1. Cieszę się z Waszych postępów we frisbee! :) Pozdrawiamy świątecznie z futrzakami :)

    OdpowiedzUsuń
  2. dobrze tak czasem zestawić wszystko w jednym miejscu i pomyśleć nad czym pracować a z czego się cieszyć :)
    Wesołych świąt!

    OdpowiedzUsuń