wtorek, 16 czerwca 2015

Gdzie jesteśmy jak nas nie ma?

Postaram się wam w skrócie przedstawić cały czas, którego chwilami nie miałam nawet marnych resztek żeby skleić coś tutaj dla was, ale od dzisiaj postanawiam, dostajecie co najmniej jedną notkę w tygodniu i proszę mnie mocno ścigać w komentarzach jeśli nie będę się wywiązywać! :D

Z piesami ostatnio jeździmy na prawdę sporo. W sumie zacząć mogę od wystawy w Łodzi, która była chyba pierwszym zmasowanym psioludzkim atakiem w małego biednego szczeniaczka. Ale wcale go to nie wzruszyło, na psy reagował  bardzo dobrze, nie wpadał w konflikty, dobrze reagował na ostrzeżenia, które regularnie wydawała mu Lili, nie zrażając się przy tym do innych zwierzaków. Młody sztuczkował i latał bez smyczy trzymając się mnie pięknie nieważne ile osób było obok, jeżeli coś od niego chciałam zawsze dawał z siebie 100%. Odbiło mu raz przy strefie agility, ale zrekompensował to sobie później pięknym wyciszeniem i spankiem :)

fot. Zuzia Pieczyńska

fot. Zuzia Pieczyńska

fot. Milena Kwiatkowska



fot. Milena Kwiatkowska

W połowie maja zagościliśmy na seminarium agility z Olą Gronek w naszym łódzkim klubie. Ja miałam super okazję poćwiczyć swoją pamięć ucząc się ze wszystkimi torków mimo, że sama ich na razie w całości nie biegam. Bieganie króciutkich sekwencji z młodym pokazało mi jak stosować zmiany w praktyce a nie na sucho, początkowo było mi bardzo ciężko. Zaczynając od koordynacji ruchowej w biegu, przez spoglądanie na zwierzątko, a kończąc na prawidłowym wydawaniu poleceń (w którą stronę mieliśmy "cik" a w którą "cak"?!). W pierwszy dzień mój mózg dosłownie parował, dodatkowo co chwila musiałam hamować młodego w klatce wykwintnie darł mordę, ale w drugi dzień było już chyba trochę lepiej, ja zebrałam się do kupy, ogarnęłam dziecko, znalazłam sposób na klatkę. Było zdecydowanie przyjemniej.
Do przepracowania mieliśmy jeden dosyć poważny problem, czajenie się - wtedy kiedy ja się czaje, albo wtedy kiedy jest zmęczony, ewentualnie kiedy chciał zwrócić na siebie moją uwagę. Wyglądało to mniej więcej tak, że on się kładł, paczył, a ja mogłam się wydurniać, zachęcać, robić z siebie błazna a on dalej leżał i paczył. Na dzień dzisiejszy jest duuuuuuuuużo lepiej!



Następnie było DCDC, razem z Kubą dosiedliśmy się w pociągu do Julii z Floydem i Gosi ze Spinnerem. Podróż chłopaki znieśli bardzo ładnie w jednej klateczce, obyło się bez błagalnych śpiewów. Wysiedliśmy z pociągu, pieseczkom zrobiły to czego nie powinny były zrobić i miałam ochotę je rozstrzelać, jednak dzielnie dotarliśmy do Parku Południowego i tam zaczęła się zabawa!
Zaczynając od Nuvika, którym pierwsze co zrobiliśmy do poszliśmy do weterynarza i dostaliśmy leki przeciwzapalne na zębową dziurę pod oczkiem, wyglądał przekomicznie z granatową, zasmarowaną mordką, ale wszystko skończyło się bez uszczerbku na zdrowiu i co równie ważne - na psychice. Młodemu jadka z psem nie zrobiła absolutnie żadnego strasznego skojarzenia z pieskami, nie miał oporów, żeby później wesoło paradować z innymi za co w głębi serca bardzo dziękowałam.
Zabawa, sztuczki w rozproszeniach jak zawsze - niezawodnie.
Kilka razy wzięłam na frisbee też białego i... ten dopiero dał czadu! Jak już chyba kiedyś tu wspominałam, biały stara się dużo dużo dużo bardziej, jednak tego się nie spodziewałam! Z pełnym zaangażowaniem szarpał się dyskami, aportował, łapał dyski zwijając się przy tym w piękną kuleczkę, rozróżniał sztuczki. Ciężko mi wyrazić jak bardzo żałuję, że nie możemy robić frisbee częściej.
Chłopaki razem w klatce zachowywali się przecudownie, mimo, że nigdy wcześniej nie byli postawieni w takiej sytuacji. Mogłam bez problemu zostawić ich razem i zająć się sobą, nie tylko na parę minut. Biały nie chciał młodego zabić, a młody nie darł mordy.
A wracając jechaliśmy autem z sześcioma psami! <3

fot. Julia Zaborowska




fot. Magda Wilczewska


No i w ostatnim tygodniu spotkały nas dwa koncerty, jeden spędzili w domu, z czego też jestem zadowolona, bo przez kilka ładnych godzin obyło się bez demolki, sikania i gorzkich żali, a drugiego dnia rude szczenie pojechało ze mną.
Rozpoczęliśmy spacerem z Zi i Blue, próbując przekonać małego, że woda wcale nie jest straszna, dosyć nieudolnie, nawet nie chciał się do niej zbliżać, a później ruszyliśmy w stronę Manufaktury i koncertu Hey. Przy wcześniejszych koncertach po prostu chodziliśmy, robiliśmy sztuczki, aport w rozproszeniach robiąc dla ludzi wielką sensację, a kiedy zespół zaczął grać młody kręcił się, kręcił, ale kładł się na mój sygnał i zachowywał spokój.





2 komentarze:

  1. Jaki on dzielny i piękny <3 fajny z niego rudzielec :)

    OdpowiedzUsuń
  2. jaki duży mężczyzna rośnie! śliczny jest! super, że taki dzielny z niego gość :D

    OdpowiedzUsuń