sobota, 12 grudnia 2015

Wspomnień czar

Tak, to dzisiaj ten dzień, kiedy przelatuje mi przez głowę calutki rok razem. Niesamowicie zróżnicowany czas - pełen wrażeń.

Zaczynając od zapowiedzi miotu, kiedy jeszcze nie wierzyłam, że małe borderzątko trafi w moje ręce, kończąc na dniu dzisiejszym.
Przez osatni rok zaszła diametralna zmiana, zmiana na lepsze. Czekoladowe stworzenie wtargnęło do mojego życia i postanowiło, że już NIGDY nie będziemy się razem nudzić.
Zmusił mnie do pracy nad sobą, przede wszystkim nad refleksem, cierpliwością i systematycznością.




Pamiętam, kiedy rok temu w górach z Bado już papi było już na świecie, a ja dostałam odpowiedź, że idzie do mnie. Na spacerach wyobrażałam sobie jak razem z białym pląsają w śniegu i w końcu będzie pieskiem, który będzie się pięknie odwoływał (btw, teraz i Bado ma piękne torpedkowe odwołanie <3). Wtedy ta myśl wydawała mi się bardzo odległa, a już za dwa tygodnie całą trójeczką będziemy śmigać w Jeleniej Górze.


Chwile wzlotów i upadków, kiedy mam ochotę obedrzeć go ze skóry i te, kiedy pokazuje jak bardzo jest genialny. Jak wszystko da się wypracować, kiedy dam mu ze swojej strony wystarczająco dużo wsparcia.
Kiedy odwiedziłam szczeniaczki po raz pierwszy i już wiedziałam, że "to on!" zastanawiałam się w co ja się pakuję. Pakuję do swojego małego pokoju drugiego psa, psa, który nie będzie pięciokilowym nieliniejącym grzecznym westikiem, którego trzeba wszystkiego nauczyć, który będzie zostawiał mi kłaki i będzie wulkanem energii. Nuvi był tym najbardziej zadziornym, pobudliwym, popędowym małym chamem, ale dla mnie już wtedy był tym najlepszym.
Pamiętam, kiedy niosłam go na rękach przez prawie całą drogę od Konstantynowa Łódzkiego na dworzec, bo zatrzymujące się tramwaje postanowiły się na nas wypiąć. Kiedy już wtedy nie interesowała go straszna ruchliwa ulica i cierpliwie czekał aż postawie go na trawce zamiast puścić wielkiego szczocha na moją kurtkę. No i pierwsza podróż pociągiem, którą przespał, a jak się miało okazać później dworce i pociągi powoli stawały się naszym "drugim domem".
Chyba nie będę w stanie zliczyć wszystkich naszych wyjazdów. Zarówno tych, kiedy był mądrym pieseczkiem i tych, kiedy wychodziły absolutnie wszystkie nasze słabe strony w wielkim wyolbrzymieniu. Jednak walczyliśmy i w tym momencie, uważam że odwaliliśmy kawał porządnej roboty.



Życzę ci moja moja mała, merle ze średnim włosem i heterochromią suko kolejnych dłuuuugich lat razem, w zdrowiu, pełnych wesołych pląsów, frisbiaczy, adżilitek i jedzonka, bo przecież pełny brzuszek jest najlepszym wyznacznikiem twojego szczęścia.
Masz dalej kopać mnie w dupę, zaganiać do roboty, tulić ten wielki łeb i prostować łapy na mojej twarzy kiedy śpię.



Nie jestem w stanie spakować w trzyminutowy kawałek wszystkich cudownych chwil z tego roku, ale spróbowałam :)